Pełne zanurzenie

Źródło: https://static.standard.co.uk/s3fs-public/thumbnails/image/2018/04/26/16/london-in-summer-24.jpg?width=1000&height=614&fit=bounds&format=pjpg&auto=webp&quality=70&crop=16:9,offset-y0.5


W Londynie spędziłem w sumie kilka dni. Muszę dodać, że były to dni wyjątkowo ciepłe i słoneczne (oprócz pierwszego), w co aż ciężko niektórym uwierzyć. Tegoroczne piękne lato odkryło przede mną często ukrytą za szarymi chmurami, wyjątkową twarz tego miasta. Mogę się wręcz uznać za szczęśliwca, który miał możliwość tego doświadczyć. Zupełnie nie przeszkadzało mi, że mój nowy nabytek w postaci parasola poszedł w odstawkę.

Już na początku spełniłem obowiązek typowego turysty, a mianowicie, odwiedziłem wszystkie flagowe miejsca, które zazwyczaj zdobią pocztówki. Poza Katedrą Św. Pawła, pierwszym punktem na mojej liście był plac Piccadilly Circus. Muszę się przyznać, że jednocześnie byłem zachwycony, jak i oszołomiony, ponieważ ilość ludzi oraz pulsujące reklamy wprawiły mnie w lekkie zakłopotanie. Później spokojnym korkiem, przepychając się delikatnie ale stanowczo przez tłum turystów, szedłem przez słynną ulicę Oxford Street aż po Hyde Park, gdzie pozwoliłem sobie na chwilę odprężenia w promieniach lipcowego słońca.

Z dnia na dzień bardziej zakochiwałem się w Londynie i stawałem się jego częścią. Celowo zboczyłem z utartej ścieżki i zdałem się trochę na przypadek. Dzięki temu znalazłem się w miejscach o których nigdy nawet nie marzyłem (kto by pomyślał, że monstrualna stolica mieści w sobie tzw. „małą Wenecję”?). Tak właśnie natrafiłem na Camden Town i Covent Garden.

Odkrycie Camden Town było dla mnie doświadczeniem wręcz magicznym. Pomijając już budynki, które jeden nad nad drugim prześcigały się w walce o nagrodę w postaci mojej uwagi, Camden Town miało w sobie coś o wiele więcej. Uliczny targ przy małych śluzach był mieszanką wszystkiego. Najróżniejsi ludzie odprężali się tam przy muzyce na żywo. Można było się zatracić bez pamięci  w niekończących się labiryntach pełnych stoisk z niszowymi ubraniami i z jedzeniem z całego świata (przy czym na końcu trafić na wyjątkowo niekorzystny wizerunek Amy Winehouse).

Przeciwieństwem Camden Town było Covent Garden. Schludne i wyjątkowo estetyczne miejsce było wyjęte jak z filmu z udziałem Hugh Granta (tak, mężczyźni również mogą oglądać komedie romantyczne). Po raz kolejny czułem się trochę onieśmielony, tym razem eleganckim wyglądem sklepów i niebotycznymi cenami (nie powstrzymało mnie to jednak przed niedyskretnym oglądaniem wystaw i wejściem do sklepów). W powietrzu unosił się zapach świeżo zrobionej paelli pomieszanej ze słodką wonią fantazyjnych muffinów z sąsiedniego stoiska. A wszystko to przy w rytm spokojnego jazzu, który dopełniał całość.

Jak już wcześniej wspominałem, postanowiłem odnaleźć w sobie spontaniczność. Z dumną przyznam, że chyba mi się udało. Pewnego dnia, właśnie w Londynie, przez przypadek natrafiłem na średniej wielkości zbiornik wodny (małe jeziorko?). Aby dowiedzieć się czegoś więcej przeczytałem tablicę informacyjną i ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że można się tam kąpać. Niewiele myśląc rozebrałem się do bielizny, rzeczy schowałem w jakiś zaroślach i skoczyłem do wody. Czy tego nie można nazwać spontanicznością? Ja myślę, że tak i jestem z siebie bardzo dumny. Cieszyłem się jak dziecko. Woda nie była tylko wytchnieniem po upalnym dniu ale także ukojeniem dla mojej duszy, ponieważ pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem, że wreszcie jestem sobą. I właśnie o to chodzi. To miejsce pomogło mi zrozumieć, że trzeba się cieszyć z najmniejszych i najprostszych rzeczy. Odlatując z Londynu wiedziałem, że jeszcze tam kiedyś wrócę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Amor a primera vista

I co teraz?