Niespełniona miłość do Shelly

Źródło: https://www.isasurf.org/wp-content/uploads/2012/07/midget.jpg?fbclid=IwAR2nlDEPNWyO6g8aoXWuzD07QJQZxBFL9YvMyoa_9D_GTxZ9gmGP_4Orp6E


Trzeba było zostać suferem. Kto nie lubi lata? Słońce, plaża, szum fal. Mógłbym sobie właśnie surfować u wybrzeży Kalifornii albo w Portugalii. Bezpretensjonalnie chwaliłbym się na co dzień piękną opalenizną zdobytą podczas ostatniego pobytu w Australii. Byłbym jak młody bóg. No, może już nie taki młody, ale chociaż bóg. Spędzałbym ciepłe wieczory na polerowaniu mojej ukochanej deski o imieniu Shelly (tak, z pewnością miałaby imię) w szopie na tyłach mojego domu na Hawajach. Albo nie, w RPA. 

Oczywiście zakładam, że byłbym niezwykle utalentowanym surferem, a co! Gablota pełna nagród, kilka kampanii reklamowych z moim udziałem, no i może jakaś okładka popularnego czasopisma dla surferów. Nie mówię, że było by łatwo i że takie życie byłoby usłane różami. Przeraża mnie dość wizja, że mógłbym sobie beztrosko przepływać koło jakiegoś wygłodniałego żarłacza białego, który uznałby, że wyglądam dziś nadzwyczaj apetycznie. Te kreatury przyprawiają mnie o dreszcze nawet, kiedy siedzę sobie spokojnie w domu i oglądam National Geographic. 

No ale jak to często w życiu bywa, zamiast surfera zostałem alpinistą, który notabene nie przepada za zimnem. Po każdej wyprawie coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że alpinizm nie jest dla mnie. Generalnie góry zimą to istne piekło na ziemi. Z własnego doświadczenia teraz już dobrze wiem, co oznacza powiedzenie „mieć pod górkę”, dosłownie i w przenośni. Ktoś powinien był mnie ostrzec „słuchaj stary, alpinizm to trudny orzech do zgryzienia”. Z jednej strony kocham swoją pracę, ale z drugiej, trzeba było zostać surferem. Zdecydowanie. Letnie ciuchy zajmują znaczenie mniej miejsca w walizce.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Amor a primera vista

Pełne zanurzenie

I co teraz?